Demokracja jest naga!

Kategorie: Polityczne   | Czerwiec 30, 2015

Jurek R. 006Powoli wchodzimy w okres wakacyjny. Ten stan osiągnęła już Rada Miejska w Dąbrowie Górniczej, OCZYWIŚCIE(!) zakładając, że radni w tej radzie znają inne pojęcie niż wakacje! :) Ale zupełnie z innego powodu, dzisiaj artykuł kol. Kacpra Muszyńskiego. Przyczyną jest próba dotarcia do mózgów ludzi, którym świat przesłania lewacka telewizja, lewackie partie i lewacka Unia Europejska, że poza Europę nie będę sięgał. Lewactwo w Stanach Zjednoczonych sięgnęło ostatnio przecież zenitu! I podobno jest to osiągnięcie demokracji :) .

A prawda jest taka, że:

DEMOKRACJA JEST NAGA!

CAM03493Demokracja to rząd głupich rządów. Wszakże jesteśmy naocznymi świadkami n-tego już z rzędu reżymu, który krzywdzi swoich podwładnych wszechogarniającą głupotą właśnie. Czasami trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy ustrój demokratyczny przynosi większe szkody materialne czy może bardziej bolesne są straty moralne. To właśnie w tym ustroju państwo wygląda niczym zakorkowana ulica, gdzie rządowe samochody dokonują karambolu tych mniejszych – zniewolonych pod jarzmem demokracji – ci zaś, gdy już się ockną, rozglądają się za winowajcą, lecz w tłumie sprawca znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Żeby odczarować przynajmniej część śniących snem demokracji, przedstawię parę istotnych „zalet”, które znajdują się pod jej połyskującą skorupą.

            Demokracja ma jedną, spośród tryliona innych, niesłychanie złośliwą, wrodzoną cechę, a w dodatku nie nosi ona znamion grzechu pierworodnego, który można by w jakiś sposób „zmyć”. Cecha ta to paraliżowanie od pasa w dół i w górę jakichkolwiek długotrwałych decyzji politycznych. Skupiał się na niej nieżyjący już rosyjski publicysta Iwan Sołoniewicz, zwracając uwagę na to, że jego narodowi przodkowie, którymi władała jedna tylko osoba, mogli pozwolić sobie na planowanie takich „przedsięwzięć”, jak dojście do mórz Bałtyckiego i Czarnego czy opanowanie Syberii, a było to możliwe dlatego, że jedynowładca panował stosunkowo długo (sam ten fakt znacznie ułatwia domyślenie się, że musiało mu mocno zależeć na powodzeniu swoich misji) i nawet kiedy ktoś taki zszedł nagle z tego świata, to jego następca po prostu kontynuował jego dzieło. W dzisiejszym wstrętnym świecie demokracji taka sytuacja może się nam jawić jedynie we śnie. Co z tego bowiem, że dzisiaj w szufladach wojskowych są plany zajęcia połowy Słowacji, jeżeli za cztery lata rządzić będzie inna ekipa, która jednym kiwnięciem palca da znać sekretarce, aby oddała owe plany do skupu makulatury? W demokracji media trąbią o tym, co nas czeka i jaka będzie nasza przyszłość, ale tak naprawdę nikt z nas nie wie, co przyniesie jutro. Co innego interes narodu i państwa, co innego interes partyj.   

            Demokracja to wynaturzenie człowieka (jak i zresztą każdej żywej istoty). Ustrój ten zawsze musi upaść, nawet jeżeli byłby zarządzany przez samych geniuszy (kto wie, czy nie byłoby gorzej?). Natomiast z czystym sumieniem i w zgodzie z prawdą można napisać, że monarchia z głupim królem i tak wyjdzie lepiej aniżeli wspomniana demokracja twardogłowych. Sejm będzie grzązł w bagnie nieustających kłótni, podczas gdy wystarczy jedno słowo króla, by stało się ono ciałem. Zresztą, jak wiadomo: gdzie dwóch posłów się kłóci, tam monarcha korzysta. Nieważne, czy w związku rządzi kobieta czy mężczyzna (co nie znaczy, że będą to jakościowo identyczne „rządy”), ale ważne jest, żeby ktoś rządził. Wszak ktoś musi podjąć decyzję, którą stroną ominąć górę lodową, w innym przypadku taki nieszczęsny statek czeka nieprzyjemne zderzenie z rzeczywistością.

            Zasygnalizowane wyżej wynaturzanie stwarza oczywiście wielkie problemy, które są widoczne, jednakże Natura jest tak silna, że sama potrafi ośmieszyć ideę demokracji. Przecież naturalne jest to, że nawet profesor będący niezłomnym fanatykiem demokracji, kiedy na swoich zajęciach przed grupą studentów będzie starał się każdemu – a „przynajmniej” większości – wpoić swą nie znającą ceny ideę, będzie zasłaniał się swoim autorytetem (a jakże często po prostu okrutnym reżymem), każąc uciszyć się uczniom mającym inne zdanie.

            Przejdźmy do sposobu zdobywania władzy w demokracji. Mianowicie, ubieganie się o elekcję ludu to jak histeryczne błaganie kobiety o łaskawe bycie razem. Wprawdzie może trafić się, że niewiasta znużona dręczącym ją poczuciem litości zgodzi się w końcu ochrzcić nieokrzesanego gacha mianem swojego wybranka, jednakże para taka często wspólnie kroczy bardzo wąską ścieżką, którą można porównać do stąpania po linie. Jeśli władza ma polegać na błaganiu, jeśli ma pochodzić od strony, która wszak ma być rządzona, wówczas logiczne staje się, że rządzeni mogą w każdej chwili to, co przecież do nich należy, odebrać. Władza zatem winna pochodzić od tej drugiej strony, jeśli rzecz jasna mówimy o normalnym państwie.  To władca – najlepiej król z prawdziwego zdarzenia (którego Tchnieniem Władzy nasycił oczywiście Bóg) – musi, mówiąc wprost, zdobyć swoich poddanych, którymi będzie chciał w przyszłości się opiekować (czasem wymagając czegoś za swą posługę…).

            A monarchia właśnie świetnie się do tego nadaje. Albowiem kobieta, która jest w nieuświęconym związku (w demokracji), potrzebuje istnego tyrana (tyrania większości) lub dyktatora, aby zachować swoją nieskazitelność, co nierzadko i tak niestety przynosi, jak widać, złe skutki. Natomiast, gdy związek jest święty, co dokonuje się rzecz jasna po złożeniu przysięgi przed samym Bogiem (monarchia), to król samą swoją „otoczką” potrafi bez problemu doprowadzić każdy lud (czy umowną kobietę) do uległości i to mimo tego, że często mówi się, iż wzbudzanie strachu jest bardziej korzystne dla rządzących od miłowania.

            Pomimo głupoty istoty demokracji jako takiej, trudno ją zlikwidować przed jej własnym naturalnym zgonem. „Oddemokratyzowanie” państwa jawi się w rzeczywistości jako napompowany przez rządzących olbrzymi balon z wymalowanymi pseudoideami, który nagle pęka z hukiem, przywracając ludziom resztki rozumu. To operacja na otwartym sercu. Jakże często mówi się w „debacie publicznej”, że dzięki demokracji istnieje pluralizm poglądowy, że można mówić, co się chce i każdy może zmienić ustrój państwa tak, jak mu się żywnie podoba. Nic bardziej mylnego! Demokracja jest właśnie po to, żeby nic nie dało się zmienić! Żeby wszystko zostało po staremu – czasami tylko przepoczwarzając się w inną formę, z którą naiwni obywatele jeszcze się nie obyli. Przeciętny człowiek żyjący w tyranii demokratycznej staje się jeszcze większym przeciętniakiem niż by kiedykolwiek mógł pomyśleć. Ten ustrój odziewa ludzi w lenistwo. Przecież nieroby mogą sobie przegłosować, że pracusie będą specjalnie wysilać się nie tylko dla własnej korzyści, ale też na zasiłki dla tych pierwszych. Jest w tym jeden plus dla kontrrewolucjonistów – oni nie są bowiem bezczynni. Posłanie demokracji na cmentarz (wszak nie pierwszy raz, a zresztą ona stale jest żywym trupem) historii być może nie stanie się już dziś. Natomiast wiadome jest, że nie można siedzieć z założonymi rękami. Przecież Wszechomogący zesłał nas nie po to, żebyśmy rozkoszywali się przymusowymi wakacjami, lecz po to, żeby działać!

Zakończę zdaniem wypowiedzianym przez jednego z Siedmiu Mędrców: „Zbieraj się powoli do tego, co masz czynić, ale przy tym, co czynisz trwaj uparcie„.

 Kacper Muszyński

Ps Inne artykuły kol. Kacpra Muszyńskiego znajdziesz Drogi Czytelniku wpisując jego imię i nazwisko w: Szukaj (prawa kolumna na blogu).

Komentarze

Zostaw komentarz




Ta strona wykorzystuje pliki cookie przechowywane na twoim komputerze. Jeżeli nie zgadzasz się na to opuść stronę lub wyłącz obsługę plików cookie w przeglądarce. Więcej informacji o plikach cookie znajdziesz na tej stronie