Cuda i grzech zaniechania

Kategorie: Wywiady   | Listopad 26, 2010

20101118869Jak można głosować na lewicę w wyborach? Jest to dla mnie takie powolne samobójstwo. Bardzo źle to świadczy o mieszkańcach naszego miasta. Chcą kontynuacji tego co Lewica zrobiła do tej pory, zadłużania, podwyższania podatków i opłat, braku gospodarności, nietrafionych lokalizacji inwestycji, itd. Niech sytuację zobrazuje wywiad z Panem T. Strzeleckim, byłym pełnomocnikiem Gminy Dąbrowa Górnicza. Niestety przesiąknięcie wiarą w utopię lewicową jest powszechne w naszym mieście. Wywiad z listopadowego numeru gazety „Przejrzyste miasto”:

„Rozmowa z Tadeuszem Strzeleckim, byłym pełnomocnikiem prezydenta Dąbrowy Górniczej.

-        Kiedy przestał Pan być pełnomocnikiem prezydenta Dąbrowy Górniczej?

-        Cztery lata temu i dwie godziny po objęciu tego urzędu przez Zbigniewa Podrazę. Zwolnienie mnie to chyba jedna z jego pierwszych decyzji.

-        Skąd ten pośpiech?

-        Zapewne stąd, że jako pełnomocnik prezydenta Talkowskiego starałem się ukrócić bezprawne – moim zdaniem – praktyki, które były dziełem partyjnych kolegów pana Podrazy za czasów prezydenta Marka Lipczyka.

-        Co to za praktyki?

-        Działania na niekorzyść miasta, ale z korzyścią dla ludzi i firm związanych wówczas z lewicą. Bynajmniej nie chodziło o załatwienie partyjnemu koledze intratnej posady. Tam gra szła o grube miliony, które trafiały do prywatnej kieszeni i pustoszyły kasę miejską.

CENTRUM ADMINISTRACYJNE

-        To poważne zarzuty, a dowody?

-         Najlepszym przykładem działania ze szkodą dla miasta jest konstrukcja finansowania budowy „Centrum Administracyjnego” w Dąbrowie Górniczej. IMG_6555A szczególnie udział w tym przedsięwzięciu firmy „Mitex” skompromitowanej przy budowie Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu. Firma „Mitex”, zgodnie z umową podpisaną przez prezydenta Marka Lipczyka, miała zdobyć pieniądze, wybudować i przez 18 lat eksploatować Centrum. Zarządzając i pobierając zyski z najmu, miała osiągnąć korzyść z tego przedsięwzięcia. I wszystko by było w porządku, gdyby nie fakt, że zabezpieczeniem kredytu na budowę Centrum w wysokości 30 mln euro obciążona została jego hipoteka, a zatem majątek gminy. Po drugie spłata kredytu następowała z części należności wynikających z czynszu, a zatem znów to miasto ponosiło koszty kredytu płacąc „Mitexowi” za wynajem powierzchni w Centrum.  Po trzecie „Mitex” nigdy nie przedstawił wiarygodnego kosztorysu całego przedsięwzięcia. Ówczesne władze Dąbrowy Górniczej potulnie zgodziły się, że ten koszt wynosi 22 mln euro. „Mitex” zaciągnął kredyt na 18 mln euro. Kolejne 4 mln euro to – moim zdaniem  – pieniądze jedynie na papierze.

-        Skąd taki wniosek?

-        „Mitex” realizując to przedsięwzięcie powołał do życia swoją spółkę „córkę” o nazwie „Centrum Administracyjne” Spółka z o.o. Na marginesie dodam, że właśnie ta nowo powstała spółka była kredytobiorcą. Ciekawe kto i w jaki sposób zbadał jej zdolność kredytową i udzielił tak wielkiego kredytu kompletnie nowej firmie? W pierwszym okresie jej istnienia zarówno prezesem „Mitexu”, jak i spółki „Centrum Administracyjne” była ta sama osoba, pan Baryła. Sytuacja zmieniła się, gdy pan Baryła został zatrzymany i skazany w związku z wrocławską aferą przy budowie Biblioteki Uniwersyteckiej. Ale początkowo rządził dwiema spółkami. I wówczas też brakujące 4 mln euro „pożyczył” ze spółki „Mitex” do spółki „Centrum Administracyjne”. Pożyczył więc sam sobie.

-        Być może faktycznie pożyczył?

-        Mógłbym się z tym zgodzić, gdyby nie opinie trzech niezależnych rzeczoznawców, w tym dwóch sądowych, którzy stwierdzili, że koszt budowy Centrum waha się między 55, a 60 mln zł, czyli w granicach 15 mln euro. A zatem całkiem prawdopodobne jest, że owe 4 mln euro nie były w rzeczywistości potrzebne, by obiekt wybudować i zostały dorzucone dodatkowo, aby podbić koszty i jeszcze bardziej wydrenować kasę miejską. To by natomiast uzasadniało brak szczegółowych rozliczeń i kosztorysu budowy Centrum. Nie ma go zresztą do dnia dzisiejszego.

-        Jako pełnomocnik prezydenta miał Pan szansę coś z tym zrobić i co Pan zrobił?

-        W 2005 roku wnieśliśmy pozew do sądu o unieważnienie kontraktu w całości w zakresie projektu, budowy i eksploatacji tego obiektu. Sąd uznał umowę za nieważną. Wyrok się uprawomocnił. Chcieliśmy renegocjować warunki z „Mitexem”, ale ten nie posiadał wiarygodnego kosztorysu. Chcieliśmy też przejąć w zarząd cały budynek, aby Gmina Dąbrowa Górnicza miała kontrolę nad własną siedzibą. Co więcej, prowadziliśmy rozmowy z Ministerstwem Sprawiedliwości w sprawie sprzedaży tej części Centrum, które zajmuje Sąd i Prokuratura. Jednak dla przedstawicieli ministerstwa podstawowym warunkiem jakichkolwiek rozmów było pozbycie się z tego układu firmy „Mitex” i „Centrum Administracyjnego”. Dlaczego? Zapewne w związku z pojawieniem się tej firmy we wrocławskiej aferze. Może były inne powody, tego nie wiem. W tamtym czasie pozyskałem też informację, że od początku swego istnienia spółka „Centrum Administracyjne” jest zadłużona na 22 mln euro. Zgłosiliśmy do sądu wniosek o upadłość tej firmy. W 2006 roku były wybory samorządowe, a prezydentem Dąbrowy Górniczej został Zbigniew Podraza. Po uprawomocnieniu się wyroku powinien on zaprzestać płacenia spółce „Centrum Administracyjne” jakichkolwiek należności. Co więcej, powinien wystąpić o zniesienie hipoteki ciążącej na obiekcie gminy. Zgodnie z prawomocnym wyrokiem każda kolejna zapłata za wynajem jest nieważna, a łagodnie mówiąc nie ma żadnych podstaw prawnych. W sumie prezydent powinien zażądać pełnego i skrupulatnego rozliczenia budowy Centrum od firmy „Mitex” oraz zażądać likwidacji hipoteki w wysokości 30 mln euro. To na początek. Ale nawet i to się nie zdarzyło i naprawdę nie widzę logicznych podstaw, które tłumaczą, dlaczego prezydent Podraza tego nie zrobił. Można się jedynie domyślać, że naruszyłby w ten sposób interesy wielu osób zaangażowanych w finansowy „sukces” „Mitexu” w Dąbrowie Górniczej.

-        Proszę jeszcze wyjaśnić dlaczego sąd i prokuratura płacą za metr kwadratowy jedynie 25 zł, skoro od pozostałej części obiektu pobierany był czynsz w wysokości 64 zł za metr kwadratowy?

-        Dlatego, że taką umowę podpisał z Prokuraturą i Sądem były prezydent Marek Lipczyk. Tym samym mieszkańcy Dąbrowy Górniczej stali się sponsorami wymiaru sprawiedliwości i do dziś Gmina dołożyła w związku z tą umową około 20 mln zł do funkcjonowania Sądu i Prokuratury. Żaden z późniejszych prezydentów nie uregulował tej sprawy.

-        Ale przecież są instytucje i organa, które powinny wykazać takie nieprawidłowości, choćby Regionalna Izba Obrachunkowa, która nadzoruje sprawozdania z finansów każdej gminy, każdego miasta?

-        Owszem. Dość jednak powiedzieć, że była szefowa  Wydziału Kontroli RIO, która chyba w 2004 roku stwierdziła między innymi nieprawidłowości w sprawie umów pomiędzy Gminą, a Prokuraturą i Sądem, wykazała straty, które z tego wynikają, wykryła błędy w procedurze przetargowej dotyczącej budowy Centrum i wykazała, że oferta „Mitexu” była droższa, niż innych kontrahentów, ta sama kobieta cudownym przypadkiem jest dziś skarbnikiem w Dąbrowie Górniczej.

-        Podsumowując, Gmina Dąbrowa Górnicza dysponuje prawomocnym wyrokiem unieważniającym umowę o projekt, budowę i eksploatację Centrum Administracji. Posiada też opinię RIO dotyczącą nieprawidłowości związanych z umową najmu części obiektu Prokuraturze i Sądowi, jak również nieprawidłowości związanych z samą procedurą sądową. Mimo to nadal instytucje wymiaru sprawiedliwości płacą mniej, niż pozostali, spółka „Centrum Administracyjne” będąca w 100% własnością „Mitexu” otrzymuje zyski z unieważnionej sądownie umowy, a obiekt obciąża milionowa hipoteka?

-        Dokładnie tak. I są to namacalne dowody na niegospodarność obecnego prezydenta. Są to argumenty, które tak naprawdę dyskredytują go, jako kandydata na prezydenta Dąbrowy Górniczej. Zbigniew Podraza popełnił grzech zaniechania. Nie zrobił przez cztery lata nic, aby wyprostować tę sytuację i chronić budżet miasta, by oszczędzić pieniądze podatników. Niestety, takich przykładów niegospodarności i zaniechania jest więcej.

PRZEDSIĘBIORSTWO WODOCIĄGÓW I KANALIZACJI

-        Co Pan ma na myśli?

-        Chociażby sprawę Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji, które w 2002 roku zostało sprywatyzowane, a jego strategicznym inwestorem została spółka RWE Aqua Gmbh, spółka córka słynnego koncernu Stoen. W momencie podpisania umowy, niemiecka firma, która objęła 34% udziałów, zgodziła się na solidarne ponoszenie kosztów inwestycyjnych związanych z rozwojem PWiK. Jednak chwilę później pojawiło się porozumienie, zgodnie z którym RWE Aqua Gmbh jest tylko beneficjentem i nie musi partycypować w żadnych inwestycjach. Ten obowiązek spoczął na Gminie Dąbrowa Górnicza. Ma to ogromne znaczenie w kontekście pozyskanych przez Dąbrowę środków z Unii Europejskiej w wysokości 280 mln zł na budowę i modernizację gospodarki wodno – kanalizacyjnej. Jak wiadomo, jest to tylko część potrzebnych pieniędzy, a cała inwestycja ma wynieść ponad 700 mln zł. Niemiecka spółka może jednak spać spokojnie, bo to problem Gminy, ponieważ gwarantuje to porozumienie. Na koniec z podatków dąbrowian zrealizowana zostanie cała inwestycja, a niemiecki koncern będzie po prostu czerpał z tego korzyści. Złożyłem w prokuraturze pozew w sprawie uznania porozumienia za nieważny. Sprawa ciągnie się już latami. I co dziwniejsze początkowo biegły stwierdza, że w porozumieniu rażąco naruszono obowiązujące zasady, a po czterech latach, ten sam biegły wydaje opinię, że takie sytuacje zdarzają się i są dopuszczalne. I znów mamy do czynienia z niewytłumaczalną, cudowną zmianą opinii. Ale tego już komentować nie będę.  Dość powiedzieć, że w kolejnym układzie prywatno – publicznym jedynie Dąbrowa Górnicza ponosi koszty, a firma prywatna generuje zyski.

-        Ale to znów sprawa sprzed ośmiu lat, kiedy prezydentem był Marek Lipczyk, a nie Zbigniew Podraza.

-        Owszem, jednak ponownie Zbigniew Podraza popełnił grzech zaniechania. Czy dlatego, aby chronić partyjnego kolegę, czy też z innych nieznanych mi powodów, nie wiem. Wiem natomiast, że kwestia cichego porozumienia ujrzała światło dzienne za rządów pana Podrazy i w imieniu mieszkańców powinien on w jakikolwiek sposób zainterweniować w tej sprawie. Nie był on jednak nawet zainteresowany pozwem, który w imieniu grupy dąbrowian złożyłem w tej sprawie do prokuratury. Podobnie, jak nie jest zainteresowany obciążeniem prywatnych udziałowców długiem spoczywającym na „Nemo – Wodny Świat”.

NEMO WODNY ŚWIAT

-        Jak wiadomo tego typu obiekty nie są w stanie same się utrzymać z bieżącej działalności. Czy zatem prezydent miał dopuścić do zamknięcia największego parku wodnego na Śląsku?

-        Absolutnie nie. Jednak kolejny już raz dopuścił do tego, że Dąbrowa Górnicza ponosi wszystkie koszty, mimo że spółka ta ma prywatnych udziałowców. 20100528252W „Nemo – Wodny Świat” Gmina Dąbrowa Górnicza posiada 40,9% udziałów, natomiast 32,28% udziałów posiada nie kto inny, tylko Eiffage Budownictwo Mitex S.A. To tylko zmodyfikowana nazwa tej samej firmy, czyli „Mitex”, która budowała centrum Administracyjne. Kolejne 16,42% udziałów ma firma Nemo Investment sp. z o.o., a następne 10,4% udziałów wspomniane już Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji, w którym udziałowcem jest RWE Aqua Gmbh. Dwa lata temu Bank Ochrony Środowiska wypowiedział umowę kredytową na 30 mln zł związaną z budową parku wodnego, ponieważ spółka „Nemo – Wodny Świat” nie płaciła swych zobowiązań. W związku z poręczeniem kredytowym całą tę kwotę spłaciła Gmina Dąbrowa Górnicza. A prezydent Podraza ponownie zgodził się na taką transakcję bez mrugnięcia okiem, choć tak naprawdę miasto powinno pokryć niecałe 12,3 mln zł. Ale znów „Mitexowi”, PWiK z niemieckim udziałowcem i firmie Nemo Investment Gmina Dąbrowa Górnicza zafundowała spokojny sen. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia. Dziwi mnie jedynie, że w Dąbrowie Górniczej jest kilka firm, o które prezydent dba w sposób bardziej, niż szczególny.

-        A może władze miasta powinny wykupić większościowe udziały, bo i tak wiadomo, że bez pomocy ten obiekt nie utrzyma się?

-        Jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Oczywiście jest to obiekt, który służy przede wszystkim mieszkańcom Dąbrowy, ale najpierw powinna nastąpić solidarna spłata zadłużenia, ewentualnie przejęcie tych udziałów nawet na drodze sądowej, jeśli pozostali udziałowcy nie chcą płacić. Jednak żadnych ruchów w tym kierunku nie widać. Czyli to kolejny grzech zaniechania i narażanie kieszeni podatników, mieszkańców Dąbrowy Górniczej na niepotrzebne koszty. I szczerze powiem, że za takiego prezydenta to ja serdecznie dziękuję. Mam nadzieję, że najbliższe wybory pokażą, że większość dąbrowian będzie miało podobne zdanie.

-        Dziękuję za rozmowę.

Tymon Melchiorowicz”

No comments.

Komentarze

Komentarze (9) do “Cuda i grzech zaniechania”

  1. Sprawiedliwy, 26 lis 2010 o 12:46

    Panie Tadku. To że mieszkańcy nie czytają prasy mogliśmy się przekonać po obecnych wyborach. Dał Pan wiele przykładów zaniedbania, niegospodarności, braku kontroli nad finansami publicznymi, rozrzutności przez władze i radnych w DG. Pomimo tak twardych dowodów wybrani zostali ci sami radni którzy patrzą tylko jak się przypodobać rządzącemu prezydentowi a mieszkańców mają za nic. Dlaczego nie wybrali takiego człowieka jak Pan, żeby im patrzeć na te brudne łapy ???

  2. Sprawiedliwy, 26 lis 2010 o 14:31

    Na Info Sosnowiec można przeczytać że w DG powstała koalicja przeciwników Podrazy do fotela prezydenta z czego się bardzo cieszę. Ściskam kciuki za tą koalicję i życzę jej sukcesu, jednak wiem że w głównej mierze będzie to zależało od samych wyborców. Mogę tylko apelować aby w 2 turze wyciąć Podraze, i skończyć z rozrostem lokalnej sitwy, a tym sposobem uciąć łeb tej ośmiornicy. Najlepszym wyjściem dla mieszkańców byłoby wysłać tą cała czerwoną pajęczynę Tupolewem do Smoleńska, a na bilety to już zrobimy zrzutkę i tym sposobem uzdrowimy nasze miasto bo pozbędziemy się szkodników. W dzisiejszym DZ jest dodatek DG z którego patrzą na nas znienawidzone gęby radnych którzy już w poprzednich kadencjach pokazali że są nic nie warci. Widzę 10 z nich w tym samolocie, spadochronów już nie fundujemy „przyjemnego lotu”.

  3. M., 26 lis 2010 o 16:03

    Rzeczywiście trzeba zgodzić się ze Sprawiedliwym. Czy były esbecki agent, popierający pana Podrazę też jest na zdjęcjach?

  4. Sprawiedliwy, 27 lis 2010 o 14:30

    Do M.,. Pytasz o esbeckiego agenta?? Wejdź na Info Sosnowiec, tam zobaczysz zdjęcie zdrajców z Towarzystwa NIE-Przyjaciół DG którzy zdradzili E,Bobera dla Podrazy w II turze wyborów prezydenckich. Ale jak w tych szeregach są tacy ludzie jak Harańczyk, Łukasik,Woźniczka (SB)i jeszcze inni to trudno się po nich spodziewać lojalności. Agent stoi drugi po prawej stronie Podrazy ( na zdjęciu). Tytuł artykułu Kociokwik w DG.

  5. informator, 28 lis 2010 o 14:55
  6. Halszka, 25 lut 2012 o 14:42

    Z komunizmu w kolonialny kapitalizm
    Z prof. Witoldem Kieżunem, teoretykiem zarządzania, wykładowcą Akademii im. Leona Koźmińskiego oraz uczelni zagranicznych, byłym ekspertem ONZ ds. modernizacji zarządzania w krajach afrykańskich, rozmawia Mariusz Bober
    W swojej najnowszej książce pt. „Patologia transformacji” poddaje Pan druzgocącej krytyce ostatnie 20 lat przemian ustrojowych w Polsce. Środowiska komunistów i zachodnich kapitalistów zawarły nieformalny układ, rekolonializując Polskę?
    - Wszystko zaczęło się od przyjazdu do Polski amerykańskiego wielkiego spekulanta giełdowego, jednego z najbogatszych ludzi na świecie George´a Sorosa, mającego jednocześnie wielkie ambicje rozwijania idei „otwartego świata”. Tę społeczną działalność realizował poprzez tworzenie licznych fundacji i finansowanie uniwersytetów – w sumie miliardami dolarów. W maju 1988 r. przyjechał do Polski, spotkał się z gen. Wojciechem Jaruzelskim i premierem Mieczysławem Rakowskim.
    Rakowskim, przedstawiając swój plan radykalnej transformacji systemu gospodarki planowej na wolnorynkową, i otworzył w Warszawie Fundację im. Stefana Batorego. 7 miesięcy po jego wizycie ustawą z dnia 23 grudnia 1988 roku komunistyczny rząd i Biuro Polityczne Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, partii, której statutowym celem było zbudowanie socjalizmu na gruzach kapitalizmu, podejmują decyzję o wprowadzeniu w Polsce ustroju kapitalistycznego w jego klasycznej, ortodoksyjnej formie na podstawie kodeksu handlowego z 1934 roku. Z punktu widzenia teorii patologii zarządzania jest to klasyczny przykład realizacji prawa sformułowanego przez niemieckiego filozofa Hansa Vaihingera „przerastania środków nad celem”. Środkiem dla realizacji celu, jakim było dla PZPR zbudowanie socjalizmu, stało się samo posiadanie władzy. Jednak ten środek stał się celem samym w sobie, i dla jego osiągnięcia wprowadzono dotychczas zwalczany ustrój ekonomiczny. Nie było żadnych protestów czy nawet wewnętrznej różnicy zdań. Okazało się więc, że „szczytny cel budowy ustroju”, w którym będzie rządzić zasada „od każdego według jego możliwości, każdemu według jego potrzeb”, był negatywną fikcją organizacyjną.
    Ale do realizacji swoich planów wykorzystali majątek, na który pracował cały Naród…
    - Tak. Narodowy Bank Polski natychmiast wykreował wtedy 9 nowych komercyjnych banków refinansowanych przez siebie. Rozpoczął się wówczas proces tzw. nomenklaturowej prywatyzacji, dotyczący małych i średnich przedsiębiorstw państwowych. Według prof. Juliusza Gardawskiego, istniały dwa typowe jej modele. Dyrektor zakładał przedsiębiorstwo prywatne o takim samym profilu specjalizacji jak to państwowe, którym kierował. W firmie prywatnej dawał pracownikom wyższe wynagrodzenie, ponieważ nie obowiązywał w niej bardzo wysoki podatek od wynagrodzeń, tzw. popiwek poważnie ograniczający wysokość uposażeń w przedsiębiorstwach państwowych. W ten sposób doprowadzał do „przejmowania” pracowników z państwowego do jego prywatnego przedsiębiorstwa. Po pewnym czasie dochodziło do bankructwa lub przejęcia przedsiębiorstwa państwowego. Drugi sposób to tworzenie spółek prywatnych przez dyrektorów państwowych firm z legitymacją PZPR. Często robili to we współpracy z sekretarzami partyjnymi. Następnie takie firmy uzyskiwały kredyty z tych nowo utworzonych banków na wykup udziałów firmy państwowej. Z badań prof. A. Gardawskiego wynika, że 80 proc. personelu tych nowych prywatnych firm wcześniej pracowało w państwowych przedsiębiorstwach, a 62,5 proc. właścicieli nowych prywatnych przedsiębiorstw małej i średniej wielkości pełniło funkcje kierownicze i dyrektorskie w PRL.
    Paradoksalnie wielu Polaków klęskę transformacji ustrojowej przypisuje ludziom kojarzonym z „Solidarnością”…
    - Tak, ale po 1989 r. tak naprawdę to nie klasyczna „Solidarność” przejęła władzę. Ruch ten miał koncepcję budowania nie gospodarki kapitalistycznej, ale państwa o własności społecznej z elementami daleko posuniętej samorządności. Pomysł zbudowania w Polsce całkowicie kapitalistycznego systemu pochodził od komunistów. Powtarzam: tzw. ustawę Wilczka [o wolnorynkowej działalności gospodarczej - przyp. red.] z 1988 r. przyjął komunistyczny jeszcze rząd premiera Rakowskiego i zatwierdził ostatni Sejm PRL. A była to ustawa wprowadzająca zasady niemal „czystego kapitalizmu”.

    Niemniej to wcześniejsi doradcy prezydenta Lecha Wałęsy, ludzie kojarzeni z „Solidarnością”, realizowali ten plan umożliwiający nomenklaturową prywatyzację i kolonizację Polski przez zachodni kapitał…
    - Rzeczywiście, gdy wysłany i finansowany przez George´a Sorosa, dla realizacji jego planu, amerykański ekonomista Jeffrey Sachs przyjechał do Polski, zwrócił się od razu – jak napisał w swoich wspomnieniach – do trzech, jak ich nazywa, „strategów”, a więc kierowników NSZZ „Solidarność”: Bronisława Geremka, Jacka Kuronia i Adama Michnika. Tymczasem wszyscy oni uczciwie przyznawali, że nie znają się zupełnie na ekonomii, i pytali tylko: „Czy to wyjdzie?”. A Sachs z energią typowego kapitalistycznego agenta marketingowego gorąco zapewniał, że oczywiście – tak. Pierwszy bezpartyjny premier III RP, który również podejmował decyzje w sprawie przekształceń w Polsce – Tadeusz Mazowiecki, nie miał wyższego wykształcenia, był dziennikarzem, redaktorem pisma, członkiem działającego w PRL stowarzyszenia PAX, ale również nie miał wiedzy ekonomicznej ani żadnej praktyki pracy w administracji. Stanowisko premiera było jego pierwszą pracą w administracji. Także Lech Wałęsa uczciwie przyznawał się, że nie ma pojęcia o ekonomii, ale również akceptował program Jeffreya Sachsa. W dodatku na wicepremiera i ministra finansów, a więc ekonomicznego kierownika całej transformacji, wyznaczono dr. Leszka Balcerowicza, byłego członka PZPR, w latach 1978-1980 pracownika Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy Komitecie Centralnym PZPR, który też nie miał żadnego praktycznego doświadczenia w kierowaniu zespołami ludzi w administracyjnych strukturach ani liczącego się dorobku naukowego (14 lat po uzyskaniu doktoratu nie miał jeszcze stopnia doktora habilitowanego, uzyskał ten stopień dopiero w pierwszym roku pracy jako wicepremier). Zaś pierwszym polskim premierem w III RP, demokratycznie zaakceptowanym przez wybrany w wyborach 4 czerwca 1989 roku parlament, był generał Czesław Kiszczak, „zasłużony” kierownik walki z podziemnymi strukturami „Solidarności” w latach 1981-1989. Jedynie dzięki odejściu z sojuszu z PZPR Stronnictwa Demokratycznego i Polskiego Stronnictwa Ludowego udało się stworzyć rząd pod kierownictwem bezpartyjnego Tadeusza Mazowieckiego, co przyspieszyło odsunięcie od władzy komunistów. Ale sytuacja w kraju zmieniła się tylko pozornie. Większość kadry kierowniczej to byli nadal ci sami ludzie z okresu rządów PRL. Stąd słusznie pisali Jacek Kuroń i Jacek Żakowski: „Jeśli stworzenie sektora prywatnego było jednym z naszych głównych celów, to bez ludzi z nomenklatury nigdy by się nam nie udało”. Było to jednak całkowite odejście od początkowej idei „Solidarności”, która zakładała troskę o drugiego człowieka, a nie bogacenie się za wszelką cenę. NSZZ „Solidarność” ze zdecydowanie lewicowym laickim kierownictwem (poza Wałęsą) nie korzystała wówczas niestety z wybitnych doradców – ekonomistów, bazujących na społecznej nauce Kościoła katolickiego (a przecież „Solidarność” ma katolicki rodowód, o którym świadczyły m.in. Msze Święte, spowiedzi, i jej znakiem miał być znaczek z obrazem Matki Bożej w klapie marynarki Wałęsy). Nie korzystała też ze skandynawskiej formuły zarządzania ani zachodnioniemieckiego społecznego podejścia, ani nawet z doświadczeń tzw. Tygrysów Wschodu czy elementów strategii Chin Ludowych. Było szereg modeli poza neoliberalizmem i niezwykle korzystnej dla światowego kapitału „terapii” George´a Sorosa. Przyjęto jego model, praktycznie sformułowany przez Jeffreya Sachsa, nie sprawdzając efektów jego działalności w Boliwii. Opisała je dokładnie Naomi Klein, wskazując, że doprowadził tam do klęski społecznej, rozruchów zbrojnie tłumionych przez wojsko, do olbrzymiego bezrobocia, a jednocześnie do wzbogacenia się grupy spekulantów. Efektem tych zmian było poważne obniżenie wysokości wynagrodzeń i daleko idąca stratyfikacja społeczna. Likwidacja inflacji nastąpiła tam dopiero po dwóch latach, mimo zapewnienia Sachsa, że zlikwiduje ją „w jeden dzień”. Nikt nie zainteresował się tymi wynikami. Wprost przeciwnie, powszechnie chwalono rzekomo pozytywne efekty jego pracy w Boliwii. Z perspektywy 20 lat wprost trudno zrozumieć to swoiste zauroczenie równie niepoważnym reklamiarstwem Sachsa w Polsce i brak zdecydowanej społecznej reakcji, tak jak w Boliwii i w innych krajach południowoamerykańskich.

    Wprowadzanie w Polsce formuły dzikiego kapitalizmu było więc swoistą transakcją między Zachodem i postkomunistami ułatwiającą przejmowanie narodowego majątku jednym i drugim?
    - W planach światowego kapitału cała Europa Środkowo-Wschodnia była bardzo atrakcyjnym terenem ekspansji. Jednak prawdopodobnie kapitał ten traktował wszystkie kraje tego regionu jako etap przejściowy do ekspansji na Rosję. Jest to bowiem niezwykle bogaty kraj w surowce i jego choćby częściowe skolonizowanie byłoby olbrzymim sukcesem światowej kapitalistycznej oligarchii. Z drugiej strony, kraje Europy Środkowej bardzo łatwo dawały się podbijać przede wszystkim ze względu na demoralizację kadr kierowniczych. Badania Banku Światowego wykazały, iż ankietowani zagraniczni inwestorzy przyznali, że z reguły płacili w Polsce „prowizje”. Stwierdzenie np., że ceną za korzystną ustawę sejmową było 3 mln zł, zmusiło ówczesnego marszałka Sejmu Macieja Płażyńskiego do zawiadomienia o tych wynikach prokuratora rejonowego w Warszawie. Na prośbę o bliższe dane Bank Światowy odpowiedział, że była to ankieta anonimowa, w związku z tym można było przeczytać w polskiej prasie krótką informację o umorzeniu postępowania prokuratorskiego w tej sprawie. Całkiem inną politykę przyjęły kompetentne władze Kanady, które swego czasu również były narażone na ekspansję kapitału amerykańskiego. Powołały one wtedy specjalny urząd, który opracował przepisy regulujące inwestycje zagraniczne w tym kraju. Przewidywały one m.in., że prywatyzowane przedsiębiorstwa nie mogą być następnie likwidowane, musi być w nich wytwarzany w całości przynajmniej jeden gotowy produkt sprzedawany jako „wyprodukowany w Kanadzie”. W Polsce nikt nie myślał o takich zabezpieczeniach. Między innymi dlatego zagraniczny kapitał w dużej mierze zlikwidował w naszym kraju zakłady, które mogły stanowić dla niego konkurencję.

    A to znaczy, że nieprawdziwe były zarzuty pod adresem wielu tych przedsiębiorstw, jako całkowicie niekonkurencyjnych…
    - Wiele z nich rzeczywiście w tym czasie nie mogło konkurować z zachodnimi firmami. Ale w Polsce można było wykorzystywać atut cen wielokrotnie niższych w porównaniu do produktów zachodnich. Tak właśnie zrobili Chińczycy, wyrastając dziś na potęgę handlową. Ale funkcjonowały też polskie przedsiębiorstwa, które jeszcze na początku lat 90. produkowały na wysokim poziomie np. garnitury, ceramikę, wyroby ze szkła, kryształy czy nawet produkty wyższej techniki na zagranicznych licencjach. Mieliśmy też dobrze zorganizowany rynek realizowania zagranicznych inwestycji budowy dróg, mostów, różnych budowli, nawet elektrowni. Mieliśmy szanse na zdobycie wielu rynków na takiej samej zasadzie jak Chińczycy. Pamiętam, jak w USA masowo kupowano np. chińskie rowery po 95 USD, gdy amerykańskie kosztowały 250 USD. Ja sam i moi amerykańscy koledzy jeździliśmy oczywiście na rowerach chińskich.

    Co trzeba było wtedy, na początku lat 90., zrobić?
    - Przede wszystkim – tak jak Słowenia – podziękować Sachsowi za pomoc i stworzyć z krajowych i zagranicznych polskich fachowców małą komisję do szybkiego zaplanowania procesu transformacji. Mieliśmy takich fachowców, ich raport opracowany w 1996 r. z udziałem prof. Zdzisława Sadowskiego, szeroko omówiony w mojej książce, świadczy, że rozumieli, jak należy ocalić polski przemysł od jego likwidacji i zagranicznego zawłaszczenia. Mieliśmy też duży zespół świetnych, już z praktyką zagraniczną, specjalistów od zarządzania.
    Należało też nie otwierać granic na cały zagraniczny import, a tylko na wwóz tych towarów, których deficyt kreował inflację, a więc podstawowych produktów konsumpcyjnych i tych, których sami nie moglibyśmy wytworzyć, przede wszystkim nowoczesnych technologii. Inflację można było pokonać metodą mocnego pobudzenia własnej produkcji poprzez system łatwego kredytu z puli państwowego zadłużenia np. w bankach zagranicznych. Możliwe było też ewentualne powtórzenie metody Grabskiego z roku 1924, kiedy była inflacja nie setkotysięczna, ale bilionowa. Wprowadził on zamiast marek polską złotówkę opartą na złocie. Można było to samo zrobić, wprowadzając od razu nową walutę, zabezpieczoną posiadaną już miliardową dolarową gwarancją Banku Światowego, a więc opartą na dolarach amerykańskich, których – nawiasem mówiąc – było według danych i wyliczeń NBP ok. 7 mld na prywatnych rachunkach bankowych, a prawdopodobnie drugie tyle schowane w domu „w skarpetkach”. Był to efekt licznych zagranicznych wyjazdów w dekadzie Gierka. Trzeba było też jak najszybciej zwiększyć produkcję żywności, a nie likwidować PGR-y. Trzeba było przeprowadzić prywatyzację zagrabionych przez Skarb Państwa przedsiębiorstw. Jesteśmy jedynym posocjalistycznym krajem, który nie przeprowadził prywatyzacji w formie zbiorowej, a ograniczył się do indywidualnych procesów sądowych trwających po kilkanaście lat. Można było też w większym stopniu pozwolić na funkcjonowanie spółek pracowniczych, zamiast wyprzedawać państwowe przedsiębiorstwa za bezcen. Ta bezmyślna prywatyzacja była całkowitym zaprzeczeniem idei „Solidarności”, a najbardziej stracili na niej zwykli Polacy, często właśnie ci, którzy doprowadzili do upadku komunizmu.

    Gdy pracował Pan w krajach afrykańskich w misjach ONZ, zapewne nie przypuszczał Pan, że mechanizm eksploatacji tych państw zostanie na taką skalę zastosowany w Polsce?
    - Rzeczywiście. Po raz pierwszy do Afryki przyjechałem w grudniu 1979 roku. Pracowałem tam – z przerwami – do końca 1992 roku. W krajach afrykańskich inwazja wielkiego kapitału rozpoczęła się na początku lat 80. minionego wieku. Szukał on z jednej strony taniej siły roboczej, a z drugiej – różnych surowców naturalnych. Afryka jest najbogatszym pod tym względem kontynentem świata. Występują tam złoża złota, uranu, ropy naftowej itd. Powszechnym zjawiskiem jest jednak nie najlepszy poziom kwalifikacji kadr zarządzających, które cechuje jednocześnie chęć szybkiego wzbogacenia się, dodatkowo stymulowana filmami pokazującymi bogactwo krajów zachodnich. Gdy do takiego biednego kraju przyjeżdżał więc bogaty zachodni biznesmen rozdający łapówki, bardzo łatwo „przekonywał” miejscowe władze do sprzedaży za pół ceny np. kopalni cynku czy miedzi. W ten sposób rozpoczynał się proces rekolonizacji krajów afrykańskich. Podobny proces rozpoczął się w Polsce. Niedawno ujawniono, że sam niemiecki koncern Siemens dał w ciągu ostatnich kilkunastu lat miliardy euro (w różnej walucie) łapówek w różnych krajach. Jak wiele z nich zapłacono w Polsce?

    Mimo to obecne władze i zwolennicy „terapii szokowej” przekonują, że nasz kraj osiągnął… wielki sukces przez ostatnie 20 – z górą – lat…
    - Rzeczywiście w Polsce wiele zmieniło się na plus. Dziś polskie miasta, a także wioski, są o wiele bardziej zadbane niż w okresie PRL. Ekonomiczna kolonizacja bowiem nie polega na tym, by zniszczyć jakiś kraj, ale by go eksploatować, a to wymaga jednak pewnego wzrostu poziomu życia. Jej efektem jest jednak stałe utrzymywanie się dystansu w rozwoju w porównaniu do krajów eksploatujących. Widać to m.in. w zarobkach pracowników. W Polsce pracownicy zarabiają nadal kilka razy mniej niż ludzie zatrudnieni w tych samych firmach, na tym samym stanowisku w krajach zachodnich, przy czym ceny wielu produktów są u nas nawet wyższe niż w krajach zachodnich, zwłaszcza towary luksusowe. Na przykład te same francuskie garnitury męskie kosztują więcej w Warszawie niż w Paryżu. Zaś w Stanach Zjednoczonych ceny wielu urządzeń elektronicznych są niższe niż u nas.
    Niestety, w takiej sytuacji nie ma możliwości ostatecznego zrównania poziomu życia między krajem skolonizowanym a kolonizującym. Trzeba pamiętać, że tempo wzrostu gospodarczego np. w Niemczech [3,6 proc. w 2010 r. - przyp. red.] jest niewiele mniejsze niż w Polsce [3,9 proc. w 2010 r.], przy czym wzrost o 1 punkt procentowy w Niemczech przekłada się na znacznie większą wartość niż w Polsce [wartość PKB RFN w 2010 r. wyniosła 3,2 bln USD, a w Polsce - 469 mld]. Ponadto według ostatnich danych w Niemczech bezrobocie wynosi 6,3 proc., a w Polsce – 13,3 procent. Trzeba też pamiętać, że duża część PKB Polski to nie jest tak naprawdę nasz dochód. Jeśli bowiem trafne są wyliczenia z naszego bilansu płatniczego, że średnio ok. 100 mld zł rocznie jest wyprowadzanych z Polski przez zagraniczne firmy działające w naszym kraju, to znaczy, że przez 21 lat nie zainwestowano tych pieniędzy w Polsce. W Kanadzie istnieje zasada, że określona część zysku zagranicznego przedsiębiorstwa musi być inwestowana przez dane przedsiębiorstwo właśnie w Kanadzie.

    Obala Pan też mit, że kapitał nie ma narodowości, i nie ma znaczenia, kto jest w Polsce właścicielem firm. Jak struktura ich własności odbija się na rozwoju kraju i dochodach państwa?
    - Jeśli przeanalizujemy dane na temat kapitału bankowego, to jasne okaże się, że kraje dzielą się na państwa uzależnione od innych i kraje, od których inne są zależne. Wiele mówi pod tym względem liczba zagranicznych banków w poszczególnych państwach. W Niemczech ten udział wynosi 5 procent, we Francji i Holandii – 10 proc., we Włoszech – 9 proc., w Danii – 19, a w Austrii – 21. Tymczasem całkowicie odwrotny jest ten stosunek w krajach postkomunistycznych.
    W Albanii wynosi on 93 proc., w Czechach – 96 proc., na Węgrzech – 94 proc., a w Polsce – 88 procent. Nawet w Ameryce Południowej ten udział jest o wiele mniejszy, w Argentynie wynosi 25 proc., w Boliwii – 38 proc., a w Chile – 32 procent. Warto też podać przykład innych państw rozwijających się. W Indiach np. zagraniczne banki mają 5-procentowy udział w rynku finansowym, w Turcji – 4, a w Chinach… 0 procent. Trzeba bowiem wiedzieć, że są dwie najbardziej dochodowe dziedziny prowadzenia działalności gospodarczej: bankowość i wielki handel, określane jako „złote jabłka”. Obie te dziedziny zostały w Polsce prawie całkowicie opanowane przez kapitał zagraniczny. Podobnie na 100 największych przedsiębiorstw jest tylko 17 polskich. Możliwość dojścia w krajach eksploatowanych do poziomu życia w krajach eksploatujących, a takim są w stosunku do Polski przede wszystkim Niemcy, jest nierealna.

    Na ile pozostawienie najważniejszych dla polskiej gospodarki firm w naszych rękach pomogłoby dziś przyspieszyć rozwój naszego kraju?
    - Polska w ostatnich latach PRL zajmowała 12. pozycję na świecie pod względem wielkości produkcji przemysłowej (nie mylić z dochodem narodowym). Gdyby więc przemiany w Polsce zostały przeprowadzone w sposób racjonalny, np. z wykorzystaniem koncepcji kanadyjskich, dziś nasz kraj mógłby być w o wiele lepszej sytuacji. Przecież część firm można było przeznaczyć do prywatyzacji publicznej, dzięki czemu Polacy staliby się w większym stopniu niż dziś właścicielami państwowych jeszcze wtedy firm, co mogłoby uratować wiele z nich. Według danych NBP, Polacy w 1989 r. mieli 7 mld USD oszczędności na bankowych rachunkach, prawdopodobnie drugie tyle przechowywali w domach. Oczywiście, że część firm można było sprzedać kapitałowi zagranicznemu, ale w taki sposób, by uniemożliwić wrogie przejęcie, to znaczy jego likwidację lub zmarginalizowanie jego produkcji po zakupie dla likwidacji konkurencji. Poza tym powtarzam: zbyt restrykcyjna polityka w stosunku do państwowych przedsiębiorstw doprowadzała do bankructwa lub do daleko idącego obniżenia wartości przedsiębiorstwa, dlatego później niezwykle tanio sprzedawanego. Była to elementarnie błędna polityka, a raczej brak polityki zgodnie z akceptowaną zasadą neoliberalizmu, że rynek sam się reguluje. Ta postawa już po 6 latach sprawiła – jak to można wyczytać w raporcie zespołu fachowców z udziałem wybitnego ekonomisty prezesa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego prof. Zdzisława Sadowskiego – że „najcenniejsze segmenty rynku, najbardziej opłacalne i charakteryzujące się największą dynamiką popytu, a tym samym najbardziej dynamizujące całą gospodarkę, zostały całkowicie opanowane przez firmy zagraniczne, a krajowe przemysły przestały w tych dziedzinach istnieć”.

    Czy obecny kryzys finansów państwa i zadłużenie Polski to skutki właśnie złych przekształceń w Polsce, czy – jak twierdzą politycy – jedynie kryzysu światowego?
    - Podstawowym problemem Polski jest stały, narastający od ponad 20 lat deficyt finansów publicznych, który doprowadził do obecnego zadłużenia. Wynikało to z wielu przyczyn: z ujemnego bilansu handlu zagranicznego, z akceptacji corocznego budżetu państwa z paroprocentowym deficytem, a także z niesłychanego wzrostu liczby pracowników administracji. Na przykład centralna administracja wzrosła od 1990 r. z 46 tys. pracowników do 133 tys. w roku 2010. Całkowicie niepotrzebnie wprowadzono np. powiaty ziemskie. W Polsce wciąż funkcjonuje też coś niespotykanego na świecie – dwa urzędy wojewódzkie: jeden samorządowy (marszałek województwa) i drugi centralny (wojewoda jako przedstawiciel rządu w terenie). W światowych demokracjach wysokie stanowiska państwowej władzy terenowej są wybieralne, np. w USA nawet gubernator stanowy, tak samo jak u nas starosta. Moim zdaniem, obecnie w Polsce należałoby dokonać radykalnej reformy administracji, przez pozaurzędniczy, nie polityczny, ale fachowy zespół, tak jak zrobiła np. Kanada w 1966 roku.

    Dlaczego mimo tak gigantycznej administracji w Polsce przez ponad 20 lat nie zbudowano nawet jednej całej linii autostrady, koleje są niemal w stanie rozkładu, nie wspominając o służbie zdrowia?
    - Ponieważ jednocześnie do pracy rekrutuje się bardzo często osoby niekompetentne. Na Zachodzie kandydaci na stanowiska publiczne przechodzą trudne wielostopniowe kwalifikacje, których celem jest sprawdzenie ich kompetencji, a nie afiliacji partyjnych. Tymczasem obecnie mamy w wielu przypadkach, można nawet stwierdzić, że w większości na kierowniczych stanowiskach osoby niekompetentne, niemające specjalistycznych kwalifikacji, np. na stanowiskach wymagających wiedzy zarządzania i ekonomii – historyków. Wszyscy tzw. stratedzy „Solidarności”, obecny premier, prezydent RP są historykami, a ściślej mówiąc, po prostu zawodowymi politykami, od wielu lat patrzącymi na rzeczywistość z pozycji gier politycznych.
    Klasycznym przykładem błędnej struktury zarządzania publicznego jest właśnie transport. Nie jest to dziedzina aktywności politycznej i nie powinna ona być zarządzana przez kolejno zmieniających się wraz z rządzącą koalicją ministrów i ich partyjnych współpracowników z reguły niemających, poza pozycją polityczną, kwalifikacji fachowych. Powinna to być czysto fachowa centralna jednostka organizacyjna kierowana przez wysokiej klasy fachowca w tej dziedzinie, mającego bezterminową umowę o pracę. Podobna struktura powinna była być zastosowana w szeregu dalszych specjalności.

    Jakie Polska ma dziś szanse na wybicie się na gospodarczą i polityczną niezależność?
    - Jedyną obecnie nadzieją Polski jest eksploatacja na dużą skalę gazu łupkowego na warunkach korzystnych dla naszego kraju. Nie będzie to łatwe, zwłaszcza że gigantyczny międzynarodowy aparat dawnego KGB z okresu Związku Sowieckiego nadal działa w Europie. Mają duże pieniądze i wpływy w zachodniej Europie, a rozwój produkcji gazu w Europie to klęska dla Rosji. Moglibyśmy też szerzej wykorzystywać nasze ogromne zasoby węgla. Przy dzisiejszych bardzo wysokich cenach ropy – powyżej 100 USD za baryłkę – opłacalna byłaby nawet produkcja paliw z tego surowca. Jednak sytuacji Polski nie da się zasadniczo poprawić bez zmiany ustroju.

    Jakie dokładnie zmiany ma Pan na myśli?
    - Jest bardzo dużo do zrobienia. Wskażę jedynie na parę organizacyjnych posunięć proponowanych przeze mnie w mojej książce, która jest jednak głównie poświęcona opisowi patologii, stąd też propozycje usprawnienia dotyczą tylko generalnych punktów. Przede wszystkim trzeba zmienić system doboru kadr kierowniczych poprzez powszechne wprowadzenie większościowej, identycznej z systemem anglosaskim ordynacji wyborczej: z wyborami w małych okręgach wyborczych, z zapewnieniem szerokiej powszechnej znajomości kwalifikacji i całego CV każdego kandydata. Jednocześnie należy ograniczyć możliwość kandydowania do dwóch kadencji. Należy też wzorem 29 państw wprowadzić obywatelski obowiązek głosowania do wszystkich wybieralnych instancji. Być może w ten sposób zmienimy katastrofalne wyniki ankiet na temat prestiżu zawodów, gdzie „polityk” z reguły mieści się na ostatnich miejscach, a w ankietach na temat korupcji – na czołowych. Konieczna jest radykalna reforma zarówno władzy ustawodawczej, jak i wykonawczej. Należy zlikwidować system dwuwładzy prezydenta i premiera na rzecz jednego – w stylu amerykańskim – prezydenta pełniącego również funkcję premiera. Radykalnie powinno się też zmniejszyć liczbę posłów i senatorów. Nonsensownie mamy ich więcej niż parlament amerykański. Należy zredukować również liczbę ministerstw i zbudować apolityczne centralne urzędy dla konkretnej fachowej działalności. Generalna organizacyjna zmiana ustroju powinna doprowadzić do fachowego kierownictwa państwem, likwidując elementy partiokracji niekompetentnych zawodowych polityków. Oczywiście bogaty materiał dokumentacyjny w mojej książce, również analiza polityki ekonomicznej, uzasadnia cały szereg dalszych posunięć reformatorskich, bez których nie mamy szans na choćby częściowe zmniejszenie wysokiego wskaźnika bezrobocia i być może doprowadzenie do powrotu choćby części już zadomowionej na obczyźnie naszej ponadmilionowej emigracji.

    Dziękuję za rozmowę.
    Mariusz Bober
    http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20120225&typ=my&id=my03.txt

  7. iti, 26 lut 2012 o 19:46

    do Halszki: W Unii Europejskiej jest normalny socjalizm a nie kapitalizm kolonialny czy inny. Czy ten socjalizm jest bliższy faszyzmowi (narodowemu socjalizmu), trockizmowi czy bolszewizmowi to sprawa do dyskusji, ale to nie kapitalizm. W kapitalizmie istnieje wolny rynek przykładowo. To po prostu uniosocjalizm.

  8. info, 11 sty 2013 o 15:30
  9. Bogdan, 11 sty 2013 o 15:33

    Halszka. Iti ma rację. Uniosocjalizm to zaprzeczenie wolnego rynku. Łatwo to zauważyć np. przy dotacjach do wniosków unijnych. Kto widział, żeby z podatków dofinansowywano wybrane podmioty prounujne! To antywolny rynek, na dodatek zabijający chęć płacenia podatków, bo jaki jest sens płacenia tylko na konkurencję???!!!

Zostaw komentarz




Ta strona wykorzystuje pliki cookie przechowywane na twoim komputerze. Jeżeli nie zgadzasz się na to opuść stronę lub wyłącz obsługę plików cookie w przeglądarce. Więcej informacji o plikach cookie znajdziesz na tej stronie